Quo vadis polska sojo?

024390_600W ciągu 3 lat powierzchnia uprawy soi w Polsce wzrosła 20-krotnie. Czy możliwe, aby za kilka następnych obsiewano nią obszar porównywalny do zajmowanego obecnie przez ziemniaka?

Współczesna historia uprawy soi w Polsce nierozerwalnie związana jest z pojawieniem się bardzo wcześnie dojrzewającej odmiany tego gatunku, o nazwie Annushka. Zrewolucjonizowała ona dotychczasowy pogląd dotyczący możliwości opłacalnej uprawy tej rośliny nie tylko w naszym kraju, ale generalnie w Europie. Od momentu wpisania do Wspólnotowego Katalogu Odmian Roślin Rolniczych (CCA) w 2009 roku, Annushka przeżywa niebywałą, ciągle kontynuowaną karierę.

Na masową skalę zaczęła być uprawiana u naszych południowych sąsiadów – na Słowacji, Węgrzech, w Czechach. Jej walory docenili też niemieccy rolnicy.

Niewielkie wymagania termiczne i krótki okres wegetacji umożliwiły jej podbój obszarów na północ od Polski, dotąd absolutnie niedostępnych. Niewiele osób zapewne wie, że z dużym powodzeniem uprawiana jest na Litwie.

Doskonały start

W 2012 r. soję uprawiano w naszym kraju na powierzchni 2000 ha, z czego Annushka zajmowała 1500 ha. W obecnym sezonie całkowity areał uprawy wzrósł do 6000 ha. Zatem licząc rok do roku, potroił się. Jeśli jednak porównać aktualną powierzchnię zajmowaną przez soję do tej z 2011 r. (300 ha), to okaże się że wzrosła ona aż 20-krotnie.

Udane wejście Annushki do Polski zaprzeczyło powszechnej opinii o braku warunków do masowej uprawy soi w naszym kraju z racji: wysokich wymagań termicznych, niesatysfakcjonujących plonów, braku możliwości zbioru kombajnowego. Nie będzie więc przesadnym stwierdzenie, że odegrała historyczną rolę w uprawie tego gatunku na terenie kraju. Aż chce się przypomnieć, że podobną historię przeżyła kukurydza. Niechciana 50 lat temu, dzisiaj jest piątym zbożem, którym obsiewane jest ponad mln ha.

Agro Youmis, dostrzegając lawinowo rosnące zainteresowanie uprawą soi w Polsce, rozszerza swoją ofertę odmianową.

W tym roku po badaniach w COBORU do Krajowego Rejestru Odmian wpisana została odmiana Mavka.

To początek swoistej „ofensywy” hodowlanej firmy Agro Youmis.

W COBORU trwają doświadczenia rejestracyjne z czterema rodami: KS – 40 (planowana nazwa odmianowa – Polonez), KS – 19 (Bianka), SP – 16 (Madlen), SP – 29 (Diana) i jeżeli zakończą się pomyślnie, aż cztery odmiany mogą zostać zarejestrowane w 2015 r. Firma prowadzi doświadczenia rejestracyjne także w innych krajach należących do Unii Europejskiej. W 2013 r., czyli w tym roku, na Węgrzech została zarejestrowana odmiana Atlanta. Wejście na listę CCA umożliwia sprzedaż jej materiału siewnego m.in. w Polsce.

W przyszłym roku na listę CCA powinny trafić: Violetta – badania rejestracyjne na Litwie, Simona – badania rejestracyjne w Bułgarii, Irena – badania rejestracyjne w Rumunii Smuglyanka – badania rejestracyjne w Słowenii.

Na podstawie liczby rodów kierowanych do zarejestrowania można wysnuć wniosek, że hodowle zgrupowane w firmie Agro Youmis dysponują doświadczonymi zespołami hodowców, niezbędnym zapleczem technicznym i wreszcie czymś, co jest najcenniejsze w hodowli twórczej – wartościowym, bardzo zróżnicowanym genetycznie materiałem wyjściowym. Połączenie tych elementów pozwala sądzić, że firma w najbliższym dziesięcioleciu będzie jednym z najsilniejszych ośrodków hodowlanych soi w Europie.

Czarne chmury

Cieszy rosnąca popularność uprawy soi w naszym kraju, ale uderzmy się w piersi. Te kilka tysięcy ha to nadal produkcja w mikroskali i niewiele się zmieni, o ile soją nie zainteresuje się przemysł rolno-spożywczy. Na kogo powinniśmy liczyć?

Czy będzie nim branża tłuszczowa? Jak dotąd nie wykazuje entuzjazmu związanego z rozwojem uprawy soi w kraju. Dlaczego? Podstawowy powód to zasadnicza różnica w jakości surowca do przerobu między rzepakiem a soją. Nasiona rzepaku zawierają od 44 do 48 proc. tłuszczu. W soi jest go zdecydowanie mniej, 17-22 proc. Zatem aby uzyskać tonę oleju, trzeba przerobić co najmniej 2-krotnie więcej ziarna. Dla przemysłu tłuszczowego jest to więc bardziej roślina paszowa niż tłuszczowa.

Aby nie być posądzonym o czarnowidztwo, muszę jednak przyznać, że są pierwsze oznaki ożywienia. Ziarno soi skupuje 5 zakładów tłuszczowych, w tym m.in. Glencore.

Niby niedużo, ale to już początek. W poprzednim sezonie za tonę nasion płacono 2200 zł. W tym roku jest ona niższa. Jak nas poinformowała firma Agro Youmis, która zawiera z rolnikami umowy kontraktacyjne na soję, aktualnie nasiona są skupowane po 1850 zł/t. Wymagana minimalna wielkość partii handlowej to 10 t.

Niemniej milej widziani są więksi kontrahenci, mogący dostarczyć jednorazowo 20 t nasion. Z tego samego źródła uzyskaliśmy też informację, że rolnikom bezpośrednio zgłaszającym się do podmiotów skupujących proponowane jest 1600 zł/t. Zatem pośrednictwo firmy jest w tym wypadku wskazane.

Niejeden z Czytelników zadaje sobie pytanie: jakie czynniki są niezbędne do tego, aby soja autentycznie zaistniała w polskim rolnictwie?

Moim zdaniem, potrzebne jest bardziej zdecydowane zaangażowanie branży tłuszczowej, zarówno w zakresie technicznym, jak i organizacyjnym. Do pozyskania oleju sojowego wymagana jest odmienna linia technologiczna, niż w wypadku przerobu nasion rzepaku.

Rozbudowa fabryki, budowa nowej instalacji o dużej wydajności to bardzo poważna inwestycja finansowa.

Nie może dojść do sytuacji, w której fabryka nie pracuje, bo wówczas nie zwraca poniesionych nakładów. Zatem równocześnie powinno być budowane zaplecze surowcowe poprzez zawieranie umów kontraktacyjnych.

Wiadomo, że w początkowym okresie ilość dostarczanego surowca może się okazać niewystarczająca – zbyt mało plantatorów, błędy agrotechniczne i wynikające z tego niższe od oczekiwań plony. Można temu zaradzić.

Brakującą do pełnego obciążenia linii ilość surowca można dokupić z pobliskiej Ukrainy. Z czasem import można ograniczać, przechodząc w pewnym momencie wyłącznie na krajowe zaopatrzenie.

Nakreślony przeze mnie scenariusz zakłada, że siłą sprawczą odpowiedzialną za powodzenie całego przedsięwzięcia będą zakłady tłuszczowe, bo trudno sobie wyobrazić, aby udało się to zrealizować na bazie powiedzmy powołanego do życia konsorcjum rolników, pod egidą Krajowego Zrzeszenia Producentów Rzepaku i Roślin Białkowych.

Może ktoś spytać, dlaczego nie zwróciłem uwagi na sektor producentów pasz.

Przecież z grubsza licząc, do Polski importowane jest 2 mln t śruty sojowej rocznie – głównie z odmian transgenicznych, z genem odporności na glifosat (RR). Lwia jej część trafia do firm paszowych, a niewielka tylko ilość dociera do gospodarstw samodzielnie przygotowujących pasze treściwe. Obecna sytuacja odpowiada branży.

Otrzymują duże, jednolite, partie surowca, co z punktu widzenia technologii produkcji pasz jest ogromnym atutem. Poza tym, koszt zakupu śruty sojowej jest każdorazowo uwzględniany w cenie sprzedaży paszy, a tym samym odbija się nie na jej wytwórcy, lecz końcowym odbiorcy. Tak długo, jak przepisy prawa będą dopuszczały stosowanie śruty z soi modyfikowanej genetycznie do produkcji pasz, nie będą zainteresowane zmianą istniejącego status quo. Im się to po prostu nie opłaca.